Ranczo Barnaby Morleya, Szlak do El Paso
21 grudnia 1884 r.
Moja Najdroższa Sophie,
Piszę do Ciebie z miejsca, które po piekle ostatnich nocy wydaje się niemal przedsionkiem raju, choć gdybym opisał Ci je w innych okolicznościach, uznałabyś mnie za szaleńca. Ale po kolei, gdyż wydarzenia następują po sobie z taką prędkością, że boję się, bym czegoś nie uronił.
Pamiętasz, jak wspominałem o poszukiwaniach koni, które w panice uciekły po ataku trupów? Dzielny Aaron odnalazł je w mroku nocy, lecz – o ironio losu – nie były one same. Natrafił tam na nikogo innego, jak na owo dziwne indywiduum, owego Izaaka z japońskim mieczem, podróżującego w towarzystwie świni imieniem Estera. Ten niegodziwiec, zamiast z pokorą oddać naszą własność, bezczelnie zażądał znaleźnego! Co więcej, bredził coś o jakimś długu, który rzekomo Aaron zaciągnął u jego maciory. O co w tym może chodzić, doprawdy, mój umysł odmawia analizy tych bzdur. Będąc jednak dobrymi chrześcijanami, pozwoliliśmy temu osobnikowi ogrzać się przy naszym ognisku, stawiając jeden, twardy warunek: miał przejąć część warty, abyśmy my, strudzeni walką z upiorami, mogli choć na chwilę zmrużyć oczy.
Niestety, pokładanie nadziei w honorze tego człowieka było błędem. Gdy pierwsze promienie słońca obudziły nas ze snu, zastaliśmy tego parszywca śpiącego w najlepsze, podczas gdy niebezpieczeństwo mogło nadejść z każdej strony! Jego egoizm mógł nas kosztować życie. Przepełniony słuszną furią, obudziłem go solidnym kopniakiem – powinien dziękować Opatrzności, w którą ten poganin zapewne nie wierzy, że w ogóle otworzył jeszcze oczy. On jednak, zamiast skruchy, okazał zwierzęcą agresję i rzucił się na nas z dobytym mieczem. Na szczęście refleks Aarona jest niezawodny – strzał oddany pod nogi napastnika ostudził nieco jego zapał. Moje słowa ostatecznie przebiły się przez jego twardy czerep, choć skutek był zgoła groteskowy: rzucił się on bowiem przepraszać swoją świnię, że naraził ją na niebezpieczeństwo. Prosię chyba przeprosiny przyjęło, gdyż wylizało go po pysku. Nawet sobie nie wyobrażasz, Sophie, jak dziki i barbarzyński jest świat za progiem Belle Rive.
Nie zwlekając ani chwili, ruszyliśmy w drogę; rozsądek nakazywał oddalić się od spustoszonego Glamrock, przeto obraliśmy kurs na El Paso. Dołączam do tego listu szkic mapy. W miejscu zaznaczonym krzyżem znajduje się owo złoże, o którym pisałem wcześniej. Celowo pominąłem opisy punktów orientacyjnych, by nie zdradzić sekretu niepowołanym oczom, lecz dobry traper, znając trasę naszej ucieczki, bez trudu odnajdzie to miejsce. Strzeż tego dokumentu jak oka w głowie – to nasza polisa na przyszłość. Nie martw się jednak, jestem zdrów i pełen optymizmu. Zawarłem umowę z Evelyn Blackwater (tą, którą zwą również Miss Fortune). W zamian za udziały w naszym przyszłym przedsiębiorstwie, zgodziła się pomóc w zdobyciu kapitału niezbędnego do zakupu ziemi. Wierzę, że nasze połączone talenty oraz ochrona Monsieur Sharpe’a zagwarantują nam sukces.
Kłopoty jednak nie opuściły nas wraz z dymami Glamrock. Kilka godzin później wpadliśmy w zasadzkę ludzi Holta! Mieli przewagę liczebną i zajmowali dogodne pozycje na wzniesieniach, lecz ci podrzędni bandyci nie mogli równać się z naszą kompanią. Mademoiselle Fortune znów udowodniła swą wartość – każdy, kto próbował wziąć ją na cel, ginął w zagadkowych okolicznościach: a to spadając z klifu, a to od eksplozji własnej broni, czy też oślepiony nagłym tumanem pustynnego pyłu. Aaron siał spustoszenie swym karabinem, a i ja, nie chwaląc się, dotrzymywałem mu kroku w celności. Jedynie ów Żyd zniknął gdzieś w załomach skał, nie biorąc udziału w walce, za to jego świnia... Sophie, oszczędzę Ci szczegółów, ale widok tego zwierzęcia radośnie pałaszującego zwłoki pokonanych bandytów był czymś, co wstrząsnęło nawet mną. To oburzające zbezczeszczenie, nawet jeśli dotyczyło grzeszników.
Jakby tego było mało, gdy tylko uporaliśmy się z ludźmi Holta, na kark spadła nam banda Meksykanów – tych samych, którzy splądrowali miasto. Niegodziwcy musieli podążać naszym śladem, być może naprowadzeni przez tego szuję Izaaka, który zdawał się być z nimi w nader dobrej komitywie. Nasz los byłby przypieczętowany, gdyby nie interwencja grupy czerwonoskórych, którzy – polując na bizony czy też zbierając korzonki (kto to może wiedzieć z tymi barbarzyńcami) – starli się z Meksykanami, odwracając ich uwagę.
Wykorzystaliśmy ten chaos, pędząc ile sił w nogach. Biedna moja Soleil, dopiero co obiecywałem jej góry cukru, a znów musiałem ją tak forsować. Mam nadzieję, że to poczciwe stworzenie mi wybaczy. O zachodzie słońca dotarliśmy do samotnego rancza, należącego do pana Barnaby Morleya. Przyjęto nas tu z niezwykłą gościnnością. Zaoferowano nam nocleg w kamiennej, przestronnej i, co najważniejsze, czystej stodole. Wiem, jak to brzmi, moja Droga, ale w porównaniu z noclegiem na gołej ziemi pośród upiorów, miejsce to jawi mi się jako luksusowy apartament.
Pan Morley okazał się prawdziwym dżentelmenem. Widząc mój stan, podarował mi jeden ze swoich garniturów, gdyż mój jedyny strój pokryty był pyłem i brudem walki. Jest to również człowiek nauki – przedstawił się nam jako medyk i nosi nawet charakterystyczną dla tej profesji maseczkę ochronną na twarzy. To budujące, że nawet tutaj, na końcu świata, można spotkać kogoś, kto niesie kaganek cywilizacji i postępu.
Muszę kończyć, gdyż powieki ciążą mi niemiłosiernie. Jutro wyruszamy dalej do El Paso. Miej nadzieję, moja Ukochana, gdyż czuję, że karta wreszcie się odwraca.
Twój na zawsze, Jacques