Sezon IISesja 5

Moja najdroższa Sofie,

Wybacz, że nie otrzymałaś ode mnie żadnej korespondencji przez te ostatnie trzy miesiące. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak musiałaś cierpieć w niepewności co do mojego losu, szczególnie gdy siedziałaś z Henrim przy bożonarodzeniowym obiedzie i patrzyłaś na moje puste krzesło. Aaron zapewnia mnie, że informował Cię o moim stanie zdrowia, choć nie wiem, na ile było to dla Ciebie pociechą. Znając jego żołnierskie pióro, pewnie nie szczędził Ci brutalnych faktów.

Po raz pierwszy w pełni mogłem docenić cierpienia, jakie spadły na Ciebie wtedy, w Afryce, gdy rodziłaś naszą małą Marie, otoczona ze wszech stron przez czarną tłuszczę, pośród trujących miazmatów tamtejszego klimatu. Ostatnie trzy miesiące spędziłem pogrążony w niewyobrażalnym bólu, przed śmiercią chroniony jedynie przez magię szamanów z lokalnego plemienia Indian, do którego przywieźli mnie towarzysze po niefortunnym spotkaniu z tym łotrem, Barnabą Morleyem.

Z relacji moich towarzyszy wynika, że ci prości tubylcy przyjęli nas nad wyraz gościnnie, wykazując się cnotą, o którą bym ich nie podejrzewał – dzieląc się z nami swoim jedzeniem i dachem nad głową, jakkolwiek prymitywny by on nie był. Izaak, ów Żyd, o którym Ci wspominałem w poprzednich listach, zdecydował się opuścić nasze towarzystwo i ruszył w dalszą drogę. Cieszę się, że nie wtajemniczyłem go w nasze plany eksploatacji złoża upiorytu, bo niechybnie, niczym sęp zwabiony odorem padliny, by z nami pozostał.

Wiesz, ukochana, że jestem człowiekiem twardych faktów i nie przykładam wielkiej wagi do znaczenia snów. Dlatego pewnie zaskoczy Cię dalsza część mojej relacji. Wiedz jednak, że ten „sen” ma się tak do zwyczajnych sennych omamów, jak kula rewolweru rozdzierająca trzewia do odległego echa wystrzału.

Musisz wiedzieć, że choć moje ciało spędziło ostatnie trzy miesiące leżąc w indiańskim tipi, moja dusza spędziła je w piekle. Miałem wiele czasu, aby przyjrzeć się mojemu życiu i błędom, które popełniłem jako mąż, ale przede wszystkim jako ojciec. Zaciągnąłem Cię ze sobą do Senegalu, co zrujnowało Twoje zdrowie. Pozwoliłem Henriemu iść na wojnę, która uczyniła z niego kalekę. Błagam Was i Opatrzność o wybaczenie tych grzechów. Tym jednak, co łamie mi serce najbardziej, jest to, że pozwoliłem Marie nas porzucić. Łudziłem się, iż jako panna prawie dorosła ponosi pełną odpowiedzialność za swe czyny. Prawda jest jednak bezlitosna – była wciąż naiwnym dzieckiem, którego umysł zatruli ci przeklęci po stokroć unioniści i które wyrzekło się swojego dziedzictwa pod ich wpływem.

W moim śnie próbowałem ją przekonać raz za razem – prośbą i groźbą, płaczem i krzykiem. Moje piekło okazało się nieskończoną pętlą porażki i złamanego serca. Nie potrafię tego cierpienia oddać słowami, moja droga Sofie, i chyba nie chcę, aby nie zranić i Twojego serca.

Wiem, że muszę odszukać naszą córkę. Stojąc nad grobem, uświadomiłem sobie, że utrata jej to największa porażka mojego życia.

Pytasz zapewne: jak w takim razie udało mi się wyrwać z tej nieskończonej pętli? Zawdzięczam to przyjaciołom – Aaronowi i Evelyn – którzy pod przewodnictwem pewnego Indianina, zwanego Wędrującym Wilkiem, wkroczyli do indiańskiego piekła, w którym byłem zamknięty, aby mnie z niego uwolnić.

Mademoiselle Fortune odegrała kluczową rolę w tej eskapadzie. Swoimi czarami stworzyła wierną kopię naszej Marie, która odwróciła moją uwagę od demona, który, ukryty pod jej wizerunkiem, próbował zatrzymać mnie w tym opuszczonym przez Boga miejscu. Wystarczyło to, aby obnażyć jego prawdziwą naturę – wstrętnego, czerwonoskórego starucha, który rozwiał się od razu niczym dym z zalanego wodą ogniska.

Indiańskie piekło ma postać prerii, gdzie falujące pod wpływem niewyczuwalnego wiatru trawy ciągną się po horyzont jak przestwór oceanu. Pustka ta zaludniona jest jedynie duchami zwierząt – eterycznymi zjawami i takimi, które nie różnią się niczym od spotykanych na naszej plantacji. Światło pradawnych, nieznanych gwiazd nie pozwala na określenie lokalizacji bram piekielnych, nawet gdybyśmy wiedzieli, gdzie są.

Jedynym tropem, za którym mogliśmy podążać, była nić łącząca moje serce z jakimś odległym celem. Ruszyliśmy za nią jak Tezeusz za nicią Ariadny. Biegliśmy bez wytchnienia, popychani niewyjaśnioną świadomością nieuchronnie zbliżającej się zguby.

Moje serce zamarło, kiedy zobaczyłem, do czego nić nas doprowadziła. Oto stanął przede mną diabeł we własnej osobie. Diabeł, który przybrał wizerunek osoby, której najbardziej nienawidziłem na całym świecie w tamtym momencie – mnie samego. Wiedziałem, że w swojej pysze zlekceważy mnie. Podałem mu więc rękę, a następnie wykorzystałem to, aby wytrącić go z równowagi i wyprowadzić pierwszy cios. Nie wiedziałem, co się stanie, ale przyznam Ci się, że nie obchodziło mnie to. Mój atak obnażył jego słabość – dowiedziałem się, że mogę go zranić, a jego rany nie mają na moje własne ciało wpływu. Widząc mój sukces, towarzysze natychmiast poszli w moje ślady. Kapitan Sharpe wypalił ze swego rewolweru, mademoiselle Fortune uciekła się do swych mistycznych inkantacji, a Wędrujący Wilk doskoczył, błyskawicznie przykładając ostrze do gardła bestii. Prędko jednak pojęliśmy, że w tym duchowym wymiarze ani kule, ani czary, ni groźba noża nie robiły na szatanie wrażenia – jedynie mój gniew i moje ciosy zdawały się zadawać mu prawdziwy ból.

Usłyszałem w swojej głowie głos Lucyfera, który oczekiwał mojego posłuszeństwa. Odzywał się do mnie głosem nie kogo innego, jak tego szarlatana, doktora Barnaby Morleya, który to, jak zaręczają moi przyjaciele, dał mi skażony garnitur, aby zarazą doprowadzić mnie do śmierci. Możesz być pewna, najdroższa, że nie splamię swojego honoru, pozwalając mu ujść z życiem po takiej zdradzie. Znajdę go i zabiję, tak mi dopomóż Bóg. Tak jak zabiłem go we śnie, wbijając mu nóż pod żebra.

Gdy mój demoniczny sobowtór wyzionął ducha, usłyszeliśmy przeraźliwy skowyt. Naszym tropem rzuciły się piekielne ogary, prawdopodobnie żądne naszej krwi i zemsty za swego pana. Nie daliśmy im jednak satysfakcji – mimo liczebnej przewagi potworów udało nam się z nimi rozprawić bez utraty choćby kropli krwi. Nasz czerwonoskóry przewodnik, od dziecka nawykły do brutalności prerii, walczył ze zwierzęcym wręcz instynktem zyskując mój niekłamany podziw.

Pokonawszy ogary, w końcu zobaczyliśmy wrota piekieł przed sobą, jednak było już za późno. W ślad za potworami pojawiła się horda jeźdźców pod przywództwem czterech, którzy niczym Jeźdźcy Apokalipsy przepowiedzeni przez św. Jana, zostali zesłani, aby przynieść nam ostateczną zgubę.

Aaron i Wędrujący Wilk nie wahali się ani chwili. Krzyknęli: „Uciekajcie!”, a następnie z podniesionym czołem i orężem w dłoni stanęli naprzeciw pewnej śmierci. Kątem oka spojrzałem na Evelyn, ale nie zobaczyłem niebezpiecznej i tajemniczej Miss Fortune – ujrzałem przez chwilę Marie, taką, jaka byłaby teraz: dwudziestoparoletnią, drobną, z kruczoczarnymi włosami, z zawadiackim błyskiem w oku. Nie chciałem przyjmować ofiary naszych obrońców, ale wiedziałem, że muszę ją ratować. Złapałem ją za rękę i pociągnąłem za sobą. Widziałem, jak ciężko jej przychodzi porzucenie przyjaciół na pastwę losu, więc skłamałem: „To wszystko jest tylko w mojej głowie; jeżeli się wydostaniemy, oni wydostaną się razem z nami”. To pozwoliło jej ruszyć za mną. Uratowaliśmy się w ostatniej chwili; za nami słyszałem odgłosy starcia – wystrzały i wycie Indianina mierzącego się z jednym z demonicznych jeźdźców. Jego mrożący krew w żyłach krzyk pozostanie ze mną do końca mych dni.

Śpieszę Ci donieść, że Aaron przeżył. Obudził się wraz ze mną i Evelyn z transu wywołanego przez indiańskich szamanów. Niestety, Wędrujący Wilk nie miał tyle szczęścia. Jego rany były zbyt poważne. Nie znałem go, ale wiem, że zawdzięczam mu życie. Nigdy tego nie zapomnę.

Nie jest to jednak koniec jego historii. Ewidentnie jego dusza ma jeszcze jakąś ważną sprawę do załatwienia na tej ziemi, bo Bóg nie dał mu odejść z tego świata. Jego ciało wstało z łoża śmierci, jak nasz Pan Jezus Chrystus trzeciego dnia po złożeniu do grobu. Nazywają go teraz Martwym Wilkiem, a ja wiem, że do mojej długiej listy długów doszedł kolejny. Możliwe, że największy.

Moja miłość do Ciebie zahartowała się w tym piekielnym tyglu i jest dziś po stokroć silniejsza. Obiecuję, że do Ciebie wrócę, jak tylko będzie to możliwe. Ucałuj Henriego i przekaż mu moje błagania o wybaczenie.

Kocham Was oboje, Jacques