Sezon IISesja 6

Moja Najdroższa Sophie,

Zasiadam przy ognisku, by jak każdego wieczoru przenieść się choć na chwilę do naszego Belle Rive, dzieląc się z Tobą wydarzeniami minionego dnia. Oddałbym wszystko, moja Najdroższa, by móc otrzymać choć słowo o tym, jak miewasz się Ty, jak czuje się nasz drogi Henri i co dzieje się z naszą plantacją. Niestety, świadomość, że ciągła tułaczka uniemożliwia mi odebranie jakiejkolwiek korespondencji z domu, napawa mnie głębokim bólem. Gwar obozowiska wokół mnie powoli cichnie, a ja w blasku płomieni znajduję spokój niezbędny, by ułożyć w słowa to, czego dziś doświadczyliśmy. Skoro ja nie mogę czytać Twoich słów, żywię gorącą nadzieję, że chociaż te moje listy docierają na miejsce i przynoszą Ci odrobinę otuchy w tym niełatwym czasie.

W moim ostatnim liście wspominałem Ci, iż nasz czerwonoskóry przewodnik, Wędrujący Wilk, wstał z martwych. Przyznam, że gdy ów człowiek przebudził się, zionąc grobowym chłodem, z potworną, śmiertelną raną na szyi, włosy zjeżyły mi się na głowie, a i nasz nieustraszony Aaron wyraźnie zbladł. Sam Indianin zresztą długo nie mógł uwierzyć, patrząc z niedowierzaniem w swoje odbicie, że jego serce faktycznie przestało bić. Największym zaskoczeniem była jednak reakcja Mademoiselle Fortune. Kobieta, która na co dzień wzywa siły piekielne i rzuca zaklęcia z zadziwiającą swobodą, na widok ożywieńca wpadła w tak niefortunną histerię, iż dobyła swojego miniaturowego derringera. Aaron rzucił się, by ją powstrzymać, a wynik tego starcia był równie tragiczny, co absurdalny. Nasz weteran zarobił kulę w sam środek klatki piersiowej od roztrzęsionej hazardzistki. Na szczęście jej specyficzne talenty medyczno-magiczne pozwoliły jej natychmiast wydłubać ołów z jego piersi i zasklepić ranę. Aaron żyje, i jak przystało na prawdziwego mężczyznę,

znosi ten afront w ponurym milczeniu.

Opuściliśmy wioskę w wielkim pośpiechu. Świadomość, iż moja przedłużająca się niemoc odebrała nam trzy cenne miesiące, ciąży mi niezmiernie. Połowa czasu, jaki mieliśmy na zdobycie funduszy na ocalenie naszego Belle Rive przed wierzycielami, bezpowrotnie przepadła. Choć po tak długim leżeniu w łóżku nogi odmawiały mi posłuszeństwa i dosłownie słaniałem się w siodle, nie mogłem pozwolić nam na ani jeden dzień zwłoki. Muszę przy tym oddać sprawiedliwość tutejszym Indianom – wykazali się rzadko spotykaną szlachetnością, hojnie wyposażając nas we wszystko, co niezbędne do dalszej podróży.

Skierowaliśmy się na ranczo tego szarlatana, Barnaby Morleya. To miejsce jawiło się jako absolutnie martwe – pozbawione nie tylko ludzi, ale i zwierząt, czy choćby brzęczenia owadów. Już na drzwiach wejściowych powitał nas upiorny, eteryczny napis, sformułowany w naszym ojczystym języku: „Dépêche-toi, car avant que tu ne me trouves, je la trouverai”1. Zanim owa mglista inskrypcja zdążyła do końca zniknąć, Aaron, wiedziony żołnierskim refleksem, rozpoczął heroiczny szturm na budynek, raz za razem traktując wejście serią potężnych kopniaków. Trwało to dobrą chwilę, zanim zdołaliśmy mu delikatnie zasugerować, iż rzeczone drzwi nie są

1 Śpiesz się, bo zanim mnie znajdziesz, ja znajdę ją wcale zamknięte, a jedynie otwierają się na zewnątrz. W środku znalazłem list od Morleya, napisany zaledwie dwa tygodnie temu. Ten niegodziwiec drwił z nas, jasno dając do zrozumienia, że szuka naszej Marie! Gdy czytałem te słowa, poczułem w klatce piersiowej nienaturalne, fizyczne rwanie, ból tak ostry, jakby ktoś przeszył mnie ostrzem.

Nasze ponure rozmyślania przerwało nadejście pokaźnej karawany duńskich osadników zmierzających do Montany, eskortowanych przez szorstkich kowbojów. Ostrzegliśmy ich przed przebywaniem w zrujnowanych budynkach Morleya i połączyliśmy siły na tę jedną noc. Obecnie trwają obozowe integracje. Martwy Wilk poszedł do rzeki łowić ryby, co poszło mu nadzwyczaj sprawnie – w końcu nie musi już łapać tchu pod wodą – po czym wraz z Aaronem udali się w zaciszne miejsce, by w milczeniu palić fajkę pokoju. Miss Fortune z kolei z dzikim entuzjazmem uszczupla zapasy naszej whiskey i tańczy jak szalona przy ognisku, zamęczając w pląsach jednego kowboja za drugim. Ja natomiast próbowałem uciąć sobie pogawędkę z Duńczykami, lecz wierz mi, przy ich języku pełnym dziwnych, gardłowych pomruków, tutejsi czerwonoskórzy wydają się być wybitnymi mówcami o nienagannej dykcji.

Od eskorty dowiedzieliśmy się nowin, które zmuszają nas do korekty naszych planów. Pierwotnie zamierzaliśmy jechać do El Paso, lecz podobno wybuchła tam jakaś lokalna wojna, a tory kolejowe zostały całkowicie zniszczone. Zmierzamy zatem do Albuquerque. Pamiętasz zapewne, że gdy kilka lat temu próbowałem zdobyć jakiekolwiek informacje o naszej córce, dowiedziałem się, iż podjęła pracę dla Agencji. Nie mam pewności, czy wciąż tak jest, ale w Albuquerque znajduje się jedno z ich głównych biur. Mam głęboką nadzieję, że dowiem się tam czegoś więcej o jej aktualnym losie. Muszę ją odnaleźć, zanim zrobi to ten diabeł Morley.

Całuję Cię najczulej i pozostaję Twoim na zawsze oddanym mężem,

Jacques